niedziela, 8 maja 2016

#1

Hej, mam 22 lata i nienawidzę swojego rodzeństwa chodź jesteśmy zespołem. Wszystko stało się w 2015 roku gdy jechaliśmy nad jezioro. Kierowała ta przeklęta Rydel! Właśnie wpadaliśmy w zakręt. Ta idiotka nie miała prawa jazdy... Ja i Tyfany siedzieliśmy z tyłu pojazdu. Był to bus mojego taty, taki niebieski jak oczy... oczy tej jednej... tej którą straciłem przez blond włosom diablice. Byliśmy w siebie wpatrzeni, do tej pory czuję dreszcz ociekający moje ciało po każdym pocałunku i spojrzeniu Tyfany. Ona.. moja (nie) siostra "wpadła w poślizg" i wtedy...jak ja mogę tego nie pamiętać! Nie będę winił siebie. Będę winił tą przeklętą... moją.... moją nikogo bo mam ochoty jej nie znać! Szkoda tylko, że nie zdążyłem zobaczyć Tyfany w jej ostatnich chwilach. Obudziłem się w szpitalu podobno po tygodniu od momentu wypadku. Zapytałem gdzie Tyfany. Nikt nie śmiał się odezwać! NIKT! Zacząłem się rozglądać po sali. Rydel rozmawiała z kimś przez telefon. Czułem ból w sercu. Po zakończeniu rozmowy telefonicznej ona wybiegła. Nikt nie dawał mi znaków, dlaczego tam byłem, dlaczego niema ze mną Tyfany. Wstałem z łóżka szpitalnego i wstąpił we mnie diabeł. Przedmioty latały po pomieszczeniu. Nikt się nie odezwał. Zasnąłem... Obudziłem się wieczorem... ale nikogo przy mnie nie było. -GDZIE JEST TYFANY?! W odpowiedzi usłyszałem własne echo.
*Rano*
Raczono mi zapalić światło. Do białej sali wszedł mężczyzna z wąsem i łysą głową. Miał on biały fartuch i czarne buty.
- Co to za miejsce? - Zapytałem. - Tutaj? - Zapytał zdziwiony lekarz. - A gdzie indziej?! - Zapytałem bardziej zdenerwowany niż w szpitalu. - To miejsce gdzie trafiają ludzie przytłoczeni. - Powiedział lekarz gładząc moje włosy... moje kiedyś długie włosy... moje teraz ścięte włosy. -  Mogę stąd wyjść?- Zapytałem udając potulnego jak baranek. - Właśnie po to przyszedłem. - Powiedział (chyba) lekarz.
*W domu*
Siedziałem na fotelu i płakałem. Do pokoju wkroczyła dumnym krokiem Rydel. - Co ty taka szczęśliwa su*o?! Mało ci? - Wrzeszczałem. - Uspokój się synu. - Mama płakała. - Kiedyś i ciebie rozerwę! - Nie wiem czemu, ale powiedziałem tak do matki. Ona wyszła zapłakana, a raczej miała taki zamiar. Odwróciła się w moją stronę. Stała teraz przy drewnianym aneksem kuchennym i machała głową jakby chciała mi powiedzieć: "Zły chłopak! Nie tak cię wychowałam". - Zgiń śmieciu!- Powiedziała Rydel. Z moich ust wyleciała ogromna plama śliny która wylądowała na jej dopiero co uczesanych włosach. Po kilku minutach znalazłem się na spiralnych schodach. W ułamku sekundy siedziałem na swoim łóżku. Na biurku leżał mój telefon i pamiętnik Tyfany. Wziąłem do ręki oba przedmioty. Przyznam się, że lekko mi  drżały. Włączyłem pierwszy lepszy przycisk. Zadzwoniłem do Tyfany. Za pierwszym, piątym i dziewiątym razem nikt nie odbierał. Postanowiłem zadzwonić jeszcze raz. Po pierwszym sygnale ktoś odebrał. Okazało się, że to nie Tyfany. Odebrała jej mama. -Dzień dobry. - Powiedziała szorstko. - Jest Tyfany? - Zapytałem i przełknąłem ślinę. - Oh to ty Rocky, Wstałeś? Tyfany... Tyfany nie żyje. Zginęła w tym samym wypadku po którym ty nie mogłeś się wybudzić. - Powiedziała jej mama a ja się rozłączyłem. Moje oczy zalanie były łzami. Miałem dość życia...
Od tamtej pory ćpam, pije, pale, jestem zły na cały świat.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz