*Rano*
Raczono mi zapalić światło. Do białej sali wszedł mężczyzna z wąsem i łysą głową. Miał on biały fartuch i czarne buty.
Raczono mi zapalić światło. Do białej sali wszedł mężczyzna z wąsem i łysą głową. Miał on biały fartuch i czarne buty.
- Co to za miejsce? - Zapytałem. - Tutaj? - Zapytał zdziwiony lekarz. - A gdzie indziej?! - Zapytałem bardziej zdenerwowany niż w szpitalu. - To miejsce gdzie trafiają ludzie przytłoczeni. - Powiedział lekarz gładząc moje włosy... moje kiedyś długie włosy... moje teraz ścięte włosy. - Mogę stąd wyjść?- Zapytałem udając potulnego jak baranek. - Właśnie po to przyszedłem. - Powiedział (chyba) lekarz.
*W domu*
Siedziałem na fotelu i płakałem. Do pokoju wkroczyła dumnym krokiem Rydel. - Co ty taka szczęśliwa su*o?! Mało ci? - Wrzeszczałem. - Uspokój się synu. - Mama płakała. - Kiedyś i ciebie rozerwę! - Nie wiem czemu, ale powiedziałem tak do matki. Ona wyszła zapłakana, a raczej miała taki zamiar. Odwróciła się w moją stronę. Stała teraz przy drewnianym aneksem kuchennym i machała głową jakby chciała mi powiedzieć: "Zły chłopak! Nie tak cię wychowałam". - Zgiń śmieciu!- Powiedziała Rydel. Z moich ust wyleciała ogromna plama śliny która wylądowała na jej dopiero co uczesanych włosach. Po kilku minutach znalazłem się na spiralnych schodach. W ułamku sekundy siedziałem na swoim łóżku. Na biurku leżał mój telefon i pamiętnik Tyfany. Wziąłem do ręki oba przedmioty. Przyznam się, że lekko mi drżały. Włączyłem pierwszy lepszy przycisk. Zadzwoniłem do Tyfany. Za pierwszym, piątym i dziewiątym razem nikt nie odbierał. Postanowiłem zadzwonić jeszcze raz. Po pierwszym sygnale ktoś odebrał. Okazało się, że to nie Tyfany. Odebrała jej mama. -Dzień dobry. - Powiedziała szorstko. - Jest Tyfany? - Zapytałem i przełknąłem ślinę. - Oh to ty Rocky, Wstałeś? Tyfany... Tyfany nie żyje. Zginęła w tym samym wypadku po którym ty nie mogłeś się wybudzić. - Powiedziała jej mama a ja się rozłączyłem. Moje oczy zalanie były łzami. Miałem dość życia...
*W domu*
Siedziałem na fotelu i płakałem. Do pokoju wkroczyła dumnym krokiem Rydel. - Co ty taka szczęśliwa su*o?! Mało ci? - Wrzeszczałem. - Uspokój się synu. - Mama płakała. - Kiedyś i ciebie rozerwę! - Nie wiem czemu, ale powiedziałem tak do matki. Ona wyszła zapłakana, a raczej miała taki zamiar. Odwróciła się w moją stronę. Stała teraz przy drewnianym aneksem kuchennym i machała głową jakby chciała mi powiedzieć: "Zły chłopak! Nie tak cię wychowałam". - Zgiń śmieciu!- Powiedziała Rydel. Z moich ust wyleciała ogromna plama śliny która wylądowała na jej dopiero co uczesanych włosach. Po kilku minutach znalazłem się na spiralnych schodach. W ułamku sekundy siedziałem na swoim łóżku. Na biurku leżał mój telefon i pamiętnik Tyfany. Wziąłem do ręki oba przedmioty. Przyznam się, że lekko mi drżały. Włączyłem pierwszy lepszy przycisk. Zadzwoniłem do Tyfany. Za pierwszym, piątym i dziewiątym razem nikt nie odbierał. Postanowiłem zadzwonić jeszcze raz. Po pierwszym sygnale ktoś odebrał. Okazało się, że to nie Tyfany. Odebrała jej mama. -Dzień dobry. - Powiedziała szorstko. - Jest Tyfany? - Zapytałem i przełknąłem ślinę. - Oh to ty Rocky, Wstałeś? Tyfany... Tyfany nie żyje. Zginęła w tym samym wypadku po którym ty nie mogłeś się wybudzić. - Powiedziała jej mama a ja się rozłączyłem. Moje oczy zalanie były łzami. Miałem dość życia...
Od tamtej pory ćpam, pije, pale, jestem zły na cały świat.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz